Jest wtorek 09.09.2025 r., planowałem wstać o 4:00 jednak nic z tego. Parę razy zmieniałem godzinę w budziku i czułem się niedospany oraz niegotowy na Rysy. Finalnie budzę się ok 6:30, wrzucam coś na ruszt i zaczynam przygotowywać plecak. Nalewam izo i wodę do flasków oraz do bukłaka, który okazuje się pęknięty i zalewam cały plecak. Jeszcze się nie zaczął dzień i już pod górę. Na szczęście byłem przygotowany na taką okoliczność i miałem zapasowy bukłak, więc szybka akcja zmiany worka jestem gotowy… no prawie. Poprzedniej nocy położyłem się z biegu spać, więc byłem bez prysznica. Rano jedynie zmieniłem ciuchy i skarpety na nowe i poleciałem.
Na Rysy 2499 m n.p.m. Tatry Wysokie, wyruszam chwilę po 7:00, na trasie do Morskiego Oka jest mnóstwo ludzi, co źle wróży, jeżeli chodzi o samo podejście szczytowe. Droga ciągnie się jak nigdy, nie chce mi się tam iść, ale muszę, bo jak niby mam się dostać na szczyt, przecież nie podjadę koniem lub busem elektrycznym… no nic, idę i idę, aż po stu latach dochodzę do moka i przy zejściu ze schodów, czuję, że mam na dużym palcu, tzw. Karolu, prawej stopy duży odcisk, a przede mną najgorsze, czyli wejście pod Czarny Staw pod Rysami, a później na szczyt Rysów.
Droga w górę to istna męczarnia, tym bardziej, że wyszło mocne słońce. Co chwilę się zatrzymuję, żeby złapać oddech i dać ukojenie nogom i obolałym stopom. Z utęsknieniem czekam na techniczny odcinek z łańcuchami, gdyż tam zawsze czuję się najlepiej i najszybciej mi mija tam droga i czas. Po drodze mijam i jestem mijany przez wiele osób. Przed samym szczytem, jak i na nim mnóstwo ludzi, więc szybka akcja, książeczka, film, foto i spadam na dół. Do Czarnego Stawu, bardzo szybko i zwinnie się uwijam, później już nie mogę za bardzo kozaczyć, bo czuję ogromny ból stóp i palców, które obrodziły w pęcherze.
Na parking dochodzę obolały, zmęczony i bardzo przegrzany, a do tego mega głodny. Na szczęście otwarte są jeszcze budki gastronomiczne, więc kupuję burgera z frytkami i idę do auta to zjeść. Myślałem, że pochłonę to na dwa gryzy, jednak nie wchodzi mi to za bardzo i muszę jeść na raty. Czuję, że muszę odpocząć zanim pójdę na Gęsią Szyję i tak też robię, kładę się w bagażniku i próbuję się zrelaksować. Nie wychodzi mi to, bo jest zbyt gorąco i ciągle mnie obsiadają jakieś muchy. Jest 16: 20, postanawiam ruszyć, w myśl zasady, że lepiej się wlec niż stać w miejscu.

Szlak na Gęsią Szyję 1489 m n.p.m. Tatry Reglowe, nie jest taki przyjemny jak się wydaje, Najpierw trzeba ostro iść pod górę do Rusinowej Polany, a później przeklęte schody na szczyt Gęsiej. W trakcie podejścia, na każdym etapie mam chwile zwątpienia i załamania. Bardzo chciałbym już być na górze, jednak nic się samo nie zrobi. Czuję się przegrzany i stopy mi zaraz odpadną. W głowie mam tylko jedną myśl, zaraz będziesz, zaraz będziesz i jakimś cudem docieram na górę i jak najszybciej chcę się ewakuować, jednak moje ciało i mózg mówią, że mogę tylko szybko iść, więc idę i takim to sposobem dochodzę do auta i czym prędzej znikam z Palenicy Białczańskiej, udając się w stronę kolejnego szczytu.

Na parking przed kolejnym szczytem docieram w chwili zachodu słońca, jest pięknie. Parkuję auto w nieuczęszczanej drodze, gdy nadjeżdża jakiś lokals qładem i mówi, żebym przestawił auto na rozdroże (jest tam mała wysepka), bo nie da ręki uciąć, że ktoś nie będzie tędy jechał. Nie dyskutuję i przestawiam auto. W drodze na Dudasowski Wierch 1038 m n.p.m. Magura Spiska, spotykam rolnika, którego się pytam czy można wejść na pole, gdzie znajduje się wierzchołek góry, on jednak stanowczo stwierdza, że nie, gdyż jest to teren prywatny, ogrodzony pastuchem i chodzą po nim zwierzęta. Nie dyskutuję z tym i absolutnie rozumiem. Postanawiam dojść na wysokość tego szczytu i zrobić zdjęcie na ścieżce biegnącej nieco niżej, lecz pod samym szczytem. Gdy wracam do auta jest już ciemno, a przez pół drogi towarzyszą mi krowy z dzwonkami na szyi i ryczące byki. Przy aucie jest ok 20:00, jest ciemno, wrzuca wszystko do bagażnika i chcę wyjechać, jednak stoję na takiej wysepce z górką i cofając, o coś zawadzam. Wyskakuję z auta, żeby zobaczyć co to i jak chcę wrócić, okazuje się, że drzwi auto się zatrzasnęło, a silnik pracuje. Miałem tak kiedyś i musiałem jechać innym autem po klucze zapasowe żeby go otworzyć. Załamałem się na myśl że jestem uziemiony i jeszcze auto ciągle pracuje… już chciałem bić szybę, co wiązałoby się z przerwaniem projektu, lecz w ostatnim momencie, złapałem za klamkę od tylnych drzwi na szczęście były otwarte… po prostu wysiadając włączyłem przez przypadek blokadę swoich drzwi i tyle. Kamień spadł mi z serca i ruszyłem dalej. Cała ta sytuacja obudziła mnie na tyle, że przeszła mi senność. Ruszyłem na kolejny, najbardziej odległy szczyt tego dnia, a był nim Lubomir.

Na parking pod Lubomirem 904 m n.p.m. Beskid Makowski, docieram po 21:00. Robię szybką akcję i zamierzam tam zostać na noc w aucie. Po drodze jednak stwierdzam, że jak będę się dobrze czuł, to pojadę spać pod Mogielicę, żeby rano nie musieć już dużo jechać. Na szczycie Lubomira jestem w miarę szybko i tylko nacierający na mnie borsuk mi świadkiem, że odbiłem się ekspresowo i „pognałem” w dół. Pognałem to duże słowo, ponieważ moje stopy już do ganiania się nie nadawały. Dotarłem do auta i ruszyłem na przełęcz pod Mogielicą gdzie miałem zaplanowany nocleg i prysznic, oczywiście wszystko w aucie.

W okolicach godziny 23:00 dotarłem na parking przy głównej drodze, rozbiłem kotarę prysznicową i za pomocą ciśnieniowego prysznica, zmyłem z siebie dwudniowe brudy i w końcu zobaczyłem destrukcję na stopach. Dobrze się umyłem, zjadłem treściwie i poszedłem spać w stroju Adama, żeby ciało mogło trochę pooddychać, a stopy się podleczyć. Oczy opadły, ja śpię, a my widzimy się jutro rano , czyli w środę 10.09.2025 r. w drodze na Mogielicę.
Tego dnia zrobiłem 4 szczyty, co łącznie daje 11 z 38 Nowej Korony Polskich Gór.