Jest środa 10.09.2025 r, spałem całkiem dobrze, lecz zauważam, że potrzebuję więcej godzin snu niż pierwotnie zakładałem. Wstaję skoro świt i zaczynam się ogarniać. W pierwszej kolejności idą stopy i pęcherze na Karolach (duże palce). Przez noc, wszystko bardzo ładnie pooddychało i się zasuszyło, więc biorę nożyczki chirurgiczne i odcinam luźną skórę, która mogłaby drażnić okolicę i zakładam plastry na pęcherze, które zabezpieczam dodatkowo plastrem tkaninowym z rolki. Zakładam skarpety i buty… wszystko wydaje się dobrze leżeć i nie przeszkadza oraz nie sprawia bólu, oczywiście jest dyskomfort, ale do przeżycia. Ubieram resztę ciuchów, wrzucam coś na ruszt i podjeżdżam autem bliżej szlaku, a w tym przypadku to jakieś 5 min jazdy.
Na Mogielicę 1171 m n.p.m. Beskid Wyspowy startuję o 6:20. Szlak jest mi bardzo dobrze znany, więc wiem, że ma tylko parę kamienistych podejść, ale reszta jest całkiem przyzwoita i zawsze szybko leci tam czas. Bez żadnych niespodzianek, ogarniam szybko tę górę i ruszam autem na kolejny szczyt. Po drodze zajeżdżam na stację benzynową kupić gorącą kawkę, jakieś ciepłe bułki słodkie, żelki i inny napój niż mam na wyposażeniu. Zmiany w żołądku są potrzebne, tym bardziej, że zaczynam odczuwać fakt, że jem i piję ciągle to samo. Jest piękny i słoneczny dzień, aż sę wszystkiego chce, jednak w kontekście wysiłku fizycznego i mojej „alergii” na ciepło i słońce, zastanawiam się jak to na mnie wpłynie.

Docieram do Nowego Targu, parkuję auto i o godzinie 9:20 zaczynam podejście pod Turbacz 1310 m n.p.m. Gorce. Nie jest to moja ulubiona trasa, ale pociesza mnie fakt, że odkryłem alternatywny wariant podejścia szczytowego, który pozwala mi zaoszczędzić drogi, a wychodzi wprost na szczycie, bez zahaczania schroniska. Całą drogę słoneczko daje o sobie znać, jednak nie jest jeszcze najgorzej. Sprawnie zdobywam szczyt i czym prędzej lecę do auta. Zależy mi na czasie, bo następny szczyt jest długi i bardzo wymagający. Gdy już jestem przy aucie, słońce grzeje w najlepsze. Zrzucam mokre spocone ciuchy i śmigam dalej.

Po dłużącej się jeździe docieram na parking na Siwej Polanie, skąd o 12:50, ruszam na Starorobociański Wierch 2176 m n.p.m. Tatry Zachodnie. Przede mną mój najgorszy i znienawidzony już dawno odcinek, czyli asfalt w dolinie Chochołowskiej, gdzie do pokonania mam ponad 5 km. Na obolałe stopy to nie najfajniejsza opcja, ale innej nie ma, więc biorę co jest. Pogoda wyszła mi naprzeciw, zrobiło się lekko wietrznie i chmurki zasłoniły mocne słońce. Po drodze, kije trekingowe, których ciągle używam ratują mnie przed ukąszeniem żmii wygrzewającej się na kamieniach, a która to po przypadkowym dotknięciu kijem, skoczyła na niego. Na szczęście ominęła moją nogę i powolnie popełzła w krzaki. Droga na szczyt jest ciągle przerywana przez konieczne pauzy na oddech i doprowadzenie tlenu do nóg, a żeby tego było mało to odezwały się wszystkie pęcherze. To tutaj miałem największe kryzysy, to tutaj nie chciało mi się już tego robić, to tutaj widziałem bezsens tego przedsięwzięcia i tak to trwało aż do zdobycia Siwego Zwornika, od którego zostało podejście szczytowe. Przez chwilę się zmartwiłem, bo naszły bardzo ciemne chmury i miałem obawy czy nie wyskoczy z nich burza. Nawet sobie powiedziałem, że jak tam nie wejdę, to już drugiej próby nie będzie i kończę zabawę z Koroną. Lezę krok za krokiem, co chwilę niknę w chmurze, a jak docieram na szczyt, to znów wieje jakby łeb miało urwać. Nie bawię się tam zbyt długo i uciekam z powrotem na dół. Droga powrotna jest całkiem, żwawa, do momentu wyjścia na asfalt, o którym już wiecie co sądzę i jaki mam do niego stosunek. Asfaltowy powrót, to jakaś mordęga, nie chce się skończyć, a do tego naszły chmury i co chwilę rzucają we mnie jakąś kroplą deszczu… prawie jak w piosence Gabriela Fleszara 😉 Szczęśliwie, udaje się dotrzeć do auta bez przemoknięcia i można ruszać na kolejny szczyt, którego miejsca startu jest zaledwie 10 min dalej, w Witowie.

Kiedy ruszam na Magurę Witowską 1232 m n.p.m. Pogórza Przedtatrzańskie jest 19:20 i robi się ciemno, a na niebie kłębią się czarne chmury i wieje porywisty wiatr. Droga na ten szczyt nie jest wymagająca, ona się po prostu dłuży i pod koniec jest pozalewana, więc trzeba obchodzić ją bokiem, co nie jest komfortowe po ciemku i na zmęczeniu. Po dotarciu na szczyt, robię szybko film i zdjęcie, a następnie ruszam na dół. Wieje już naprawdę mocno, a ja przechodzę przez teren gdzie widać ostatnią aktywność wiatru, czyli masę połamanych drzew i pozostawione pojedyncze „tyczki”, które uginają się na wietrze jakby tańczyły break dance. Nie powiem, trochę się bałem, że zostanę trafiony obalonym drzewem, tym bardziej, że gdzieś blisko poleciały dwa drzewa, co nadało jeszcze większej dramaturgii całej sytuacji. Gdy dotarłem do auta, było już bardzo ciemno i zaczął padać deszcz. Rozebrałem się z mokrej koszulki, wyjąłem jedzenie, zjadłem obiadokolację i ruszyłem w kierunku kolejnych szczytów.

Po drodze rozmyślałem co jeszcze dziś zdobędę i wybór padał na dwa mniejsze i w miarę szybkie szczyty, jednak im dalej jechałem, tym bardziej czułem się wyczerpany. Po rozmowie z Grześkiem Baranem i moją Sarą, stwierdziłem, że muszę już jechać spać, a że lało po drodze i nie miałem perspektywy wzięcia prysznica przy aucie, zdecydowałem, że tę noc spędzę w prywatnym schronisku na Polanie Stańcowej, pod Babią Górą, gdzie za pierwszym podejściem nocowaliśmy z chłopakami, Szybki, wieczorny telefon do właściciela i mam ogarnięty pokój. Na miejscu jestem o 23:00. Po dojechaniu okazało się, że jestem sam na całe schronisko, więc była cisza i spokój. Po dotarciu do pokoju, wziąłem długi i gorący prysznic, zjadłem kolejny posiłek, żeby organizm miał zasoby kalorii i poszedłem spać… znów w stroju Adama, żeby ciało pooddychało. W końcu mogłem też dać pooddychać moim zmasakrowanym stopom. Krople deszczu uderzające o okno dachowe w pokoju, zadziałały jak kołysanka i w miarę szybko odleciałem. Widzimy się jutro, a zaczynam od Babiej Góry.
Tego dnia zdobyłem 4, a od początku 15 z 38 szczytów Nowej Korony Polskich Gór.