Jest czwartek 11.09.2025 r., to już czwarty dzień moich zmagań z Nową Koroną Polskich Gór. Tak samo, jak wczoraj krople deszczu uderzające o okno, mnie ululały, tak dzisiaj mnie budzą. Padało całą noc i dalej pada, a przecież nie będę siedział i czekał aż przestanie, bo może będzie tak lało cały dzień. Przez noc, moje stopy doszły trochę do lepszego stanu użytkowania i mogę zająć się założeniem nowych opatrunków, ale zanim do tego przystąpię, muszę odciąć nożyczkami duże i luźne kawałki skóry. Nogi ogarnięte, jedzonko wjechało, więc można ruszać na kolejny szczyt.
Na Babią Górę (Diablak) 1723 m n.p.m. Beskid Żywiecko-Orawski wyruszam o 6:30, pogoda niezmienna i ciągle pada. Podejście nie idzie mi jakoś najlepiej, ten deszcz mnie wkurza, dodatkowo podłoże jest śliskie i momentami odjeżdżające. Czuć już w nogach, przebyty dystans poprzednich dni i szczytów. Babia nie jest szczególnie wymagająca, a na końcówce, powiedziałbym, że całkiem przyjemna, jednak wiatr, który tam mieszka, w połączeniu z deszczem robi złą robotę i odczuwa się to ja coś o wile bardziej trudnego. Warunki na szczycie wypychają mnie czym prędzej na dół i wcale nie zamierzam się z tym kłócić. Droga powrotna to już inna para kaloszy. Przestaje padać i można trochę mocniej ruszyć z kopyta. Do schroniska docieram w miarę szybko i co najważniejsze bez większego deszczu. Wrzucam ciuchy do auta i idę na normalne i w pełni treściwe śniadanko. Po paru dniach jedzenia w kółko tego samego, to śniadanie jest jak królewska uczta. Po śniadanku, udaje mi się jeszcze kupić cały termos żurku, więc będę też miał coś w południe do przekąszenia na ciepło. Zwalniam pokój, żegnam się z przemiłą obsługą i ruszam autem w kierunku następnego szczytu.

Następną górę do kolekcji postanawiam zdobyć inną drogą niż poprzednio i wychodzi całkiem fajnie i niespodziewanie. Dojeżdżam do miejsca, które nazywa się Przystanek Widokówka, które prowadzi Bandi z rodziną… i teraz się zapytacie, a kto to jest Bandi. Spieszę z odpowiedzią. Bandi do góral, który wygrał popularny program telewizyjny, emitowany na Polsacie, czyli Farmę… myślę, że sporo osób może kojarzyć. Tak więc, parkuję u Bandiego i chcę się dodzwonić, żeby spytać czy mogę zostawić auto na parkingu na 30 min., jednak nie zastaję nikogo po drugiej stronie słuchawki, na miejscu też nikogo nie ma, więc udaję się w stronę Wajdów Groń 928 m n.p.m. Działy Orawskie. Początkowo jest w miarę spokojnie i płasko, ale z doświadczenia wiem, że jak za długo jest płasko, to pod koniec, będzie pionowo. Nie mylę się i końcówka jest wymagająca, a ciągle padający deszcz nie pomaga na kamienisto glinianym podejściu. Na szczęście nie trwa to długo i po chili melduję się na szczycie. Robię swoje i znikam. Dobiegam do auta z nadzieją, że spotkam właścicieli, jednak dalej nikogo nie widać, więc udaję się dalej… kolejny szczyt czeka.

Droga na kolejny szczyt przynosi rozpogodzenie. Znikają chmury, znika deszcz i pojawia się słoneczko. Kolejnym szczytem jest Kiełek 960 m n.p.m. Pogórze Orawsko-Jordanowskie Jestto jeden z tych szczytów, które nie mają oficjalnego, znakowanego szlaku i tabliczki. Podejście za dnia jest całkiem fajne. Na zmianę trochę płasko i podejście i znów trochę płasko i podejście. Okazuje się też, że są jakieś oznaczenia na drzewach i prowadzą wprost na szczyt (biało-żółte kwadraty). Co ciekawe, to na szczycie pojawiła się też tabliczka z oznaczeniem, ze jest to szczyt z Nowej Korony. Cykam foto i zmykam do auta, bo trzeba szybko się przemieścić dalej. Mile zaskoczony, opuszczam okolice Kiełka.

Droga na kolejny szczyt to zastrzyk nowej energii. Pogoda robi swoje, aż chce się jechać i zdobywać nowego góry. Kolejny z listy jest Bąków 766 m n.p.m. Pasma Pawelsko-Krzeczowskie na który prowadzi bardzo łagodna droga, znajdująca się przy zabudowaniach i otoczona z jednej strony lasem, a z drugiej pastwiskiem. Tu też zaskoczenie, bo na szczycie odnajduję przypiętą kartkę do drzewa, wskazującą jaki to szczyt oraz na innym drzewie wyciętą nazwę. Ta góra to taki szybki przerywnik w drodze… chyba na wyprostowanie kości. Nie ma co się rozleniwiać i trzeba cisnąć dalej.

Kolejnym szczytem do zdobycia jest Czupel 931 m n.p.m. Beskid Mały na który wyruszam o 14:30. Robię co mogę, żeby ogarnąć go jak najszybciej, bo zaczyna się robić późno, a jeszcze trochę mam do zrobienia dzisiaj. Trasa na szczyt nie jest łatwa i prowadzi stromymi i kamiennymi rynnami, wypłukanymi przed deszcze. Ta góra potrafi dać w kość, ale jest całkiem przyjemna. Na szczyt docieram w miarę sprawnie, ale na dół to już gonitwa. Opłacało się przycisnąć i mam zaoszczędzone kolejne minuty. Przy aucie robię małą pauzę i pałaszuję ciepły jeszcze żurek z termosu. Z pełnym brzuchem ruszam w stronę Szczyrku.

W Szczyrku melduję się chwilę przed 17:00 i po szybkim ogarnięciu plecaka, ruszam zdobyć Skrzyczne 1257 m n.p.m. Beskid Śląsk, na które wchodzę pod wyciągiem, co oznacza, że wybieram wariant krótszy niż szlakiem, lecz bardziej stromy. Za każdym razem jak idę pod wyciągiem to klnę na tę ścieżkę i na samego siebie. Wiele raz zatrzymuję się po drodze, żeby złapać oddech i dać chwilę wytchnienia dla nóg. W takich warunkach najlepiej sprawdza mi się liczenie kroków do 100… robię sto kroków i 15-20 sekund odpoczynku i tak do samego szczytu. Skupiony na liczeniu nie zauważam kiedy jestem już na górze. Zbliża się zachód i słońce wpada w piękny taniec z horyzontem i chmurami. Droga na dół to istne szaleństwo i pożar dla nóg, ale jak coś żre, to nie ma co przeszkadzać. Bardzo szybko docieram do auta i czym prędzej kieruję się na kolejny szczyt. Po drodze przejeżdżam przez Zameczek, gdzie znajduje się rezydencja Prezydenta RP, jednak nigdzie nie widzę biegającego w dresie Karola.

Na kolejny szczyt wybrałem Ochodzitę 895 m n.p.m. Międzygórze Jabłonkowsko-Koniakowskie, która jest kolejnym małym podejściem i praktycznie do samego szczytu zabudowanym domkami na wynajem. Tam też nie ma żadnej tabliczki, ale ktoś napisał na innej tablicy nazwę szczytu i zasugerował, że tyczy się to nowej korony. Stając na szczycie, doświadczam już pełnej nocy. Na kolejny szczyt ruszam w ciemności. Jestem już zmęczony, ale postanowiłem zdobyć jeszcze dziś wieczorem jedną górę, która zamknie wschodni etap wyprawy.

Na parking pod Wielką Raczą 1236 m n.p.m. Beskid Żywiecko-Kysucki docieram chwilę przed 21:00. Ogarniam trochę auto ze śmieci, bo jest tam na parkingu duży kontener i przestawiam się pod samo wejście na ten szczyt . Zdecydowałem się wyruszyć o późnej porze, bo wiedziałem, że droga na górę jest bardzo przyjemna, nie za stroma i bez technicznych utrudnień. Nie przewidziałem jednak, że będzie tak strasznie za sprawą ciągłego ryku jeleni w dolinie, bo akurat mają rykowisko. Co innego słyszeć o tym i się wypowiadać, a co innego słyszeć to osobiście, gdy jest się samemu na szlaku o tak późnej porze. Jelenie ryczą praktycznie do końca podejścia, więc jest też pełne skupienie. Pod koniec, ten szlak odbija w krzaki i wychodzi od tyłu schroniska, jednak główna droga prowadzi do samej granicy, a później można dojść szczytu drogą graniczną. Wybieram ten wariant i nie pakuję się w krzaki… i bardzo dobrze, bo dochodząc na górę, świecę latarką w omijany rewir i widzę szeroko rozstawione ślepia, które nie chcą zniknąć jak robię hałas. Mijam to bez większej rozkminki, która przyjdzie zaraz. Po odhaczeniu się przy słupku z tabliczką szczytową, zerkam na tablice informacyjne, gdzie jest informacja, że są tu wilki i niedźwiedzie. Trochę mnie to zamraża ale idę z powrotem i nagle w tych omijanych krzakach, tyle, że znacznie bliżej, znów są te olbrzymie ślepia… nie mam pewności, ale na moje to był misio, który mnie obserwował. Z „pełną pieluchą” zapierd…m na dół, żeby mieć już to za sobą, c chwila się oglądam, czy mój futrzak mnie nie śledzi. Ustanawiając „rekord” zbiegu melduję sie przy aucie i mogę już wytrzepać nogawki. Ostatni szczyt tego dnia zrobiony. Pozostaje tylko wziąć prysznic, ubrać się w luźne ciuchy, coś zjeść i ruszać w drogę. Jestem sam na ciemnym parkingu, więc mogę paradować na golasa przy aucie i wykąpać się bez pośpiechu i ukrywania. Po wszystkim czuję się jakbym wszedł w nową skórę i dostaję też zastrzyk energii, tak potrzeby na długą drogę, którą mam do przebycia.

Przede mną 3 godziny jazdy przez Słowację i Czechy. Początkowo jest bardzo mgliście i dodatkowo co chwila wychodzą zwierzęta na drogę. Na szczęście po dojechaniu do główniejszych dróg, robi się ładnie. Podróż mija mi spokojnie, jestem trochę senny, ale jeszcze daję radę, bez większego wysiłku to opanowywać. Jak tylko będzie mnie przyginało, to zjeżdżam na bok i wskakuję do bagażnika spać. Na szczęście, udaje się dojechać bez postoju, na parking pod Biskupią Kopą, na którą będę wchodził od strony Czeskiej. Jest piątek 12.09.2025 r. 2:00 w nocy/rano, czas się położyć. Wyskakuję z ubrań i znikam pod kołderką. Widzimy się dziś, za parę godzin.
Tego dnia zdobyłem 8 a od początku 23 z 38 szczytów Nowej Korony Polskich Gór.