Jest piątek 12.09.2025 r., to piąty dzień moich zmagań z Nową Koroną Polskich Gór. Według pierwszego planu i exela, miał to być ostatni dzień, jednak wszystko się przesunęło o dzień. Bezpieczeństwo najważniejsze i właśnie dlatego jest ta obsuwa. Potrzebuję więcej czasu na sen i regenerację, że by po wysiłku móc bezpiecznie prowadzić auto.
Na parking Petrovy boudy, dotarłem o 2:00 i szybko poszedłem spać. Ogólnie spało się dobrze, choć czasem wybudzały mnie dziwne sny. Budzę się wraz ze wschodem słońca. Ubieram sportowe ciuchy, myję zęby i ruszam w stronę szczytu, jest super pogoda. Droga na szczyt nie jest wymagająca, za to bardzo przyjemna. Na szczycie Biskupiej Kopy 891 m n.p.m. Góry Opawskie, melduję się ekspresowo, nie jestem sam, inni turyści też postanowili skorzystać z pogody i wejść na wschód. Zbiegając do auta doświadczam przelotnych kropel deszczu i zastanawiam się czy to zapowiedź czegoś gorszego na cały dzień, czy tylko straszak. W momencie gdy siadam do auta, zaczyna mocniej kropić. Korzystam z tej chwili i wyciągam jedzonko, gdyż muszę wrzucić sporo kalorii przed kolejnymi szczytami.

Ruszając z parkingu, czuję lekki niepokój. Wszystko to z powodu tego co stało się na tym etapie dwa miesiące temu. To właśnie o tej porze, jadąc z Biskupiej Kopy na kolejny szczyt mieliśmy poważny wypadek samochodowy i musieliśmy przerwać projekt. Teraz jadąc na ten niezdobyty wtedy szczyt czuję się dziwnie. Zastanawiam się czy będę przejeżdżał obok tego drzewa i co będę czuł w tym miejscu, jednak nawigacja robi mi prezent i wybiera trochę inny wariant trasy, więc nie muszę się mierzyć z demonem.
Całą drogę siąpił deszcz. Gdy docieram na parking dalej pada, ale nie zatrzymuje mnie przed zdobyciem Postawnej 1116 m n.p.m. Góry Złote. Ubrany w foliak przeciwdeszczowy, mknę ku górze. Nie ma nic wymagającego w drodze na szczyt, bo większość idzie się po granicy Polsko-Czeskiej, jedynie 350 m przed wierzchołkiem, trzeba odbić w krzaki, a dokładnie świerki i wysokie krzaki jagodowe. Na szczęście są tabliczki i można bez większego błądzenia znaleźć główną tabliczkę szczytową. Na powrocie do auta zaczyna się rozpogadzać i zwiastuje to dobrą pogodę, która się przyda bo droga na kolejny szczyt to sporo kilometrów w nogach.

Kolejnym szczytem na liście jest Śnieżnik 1423 m n.p.m. Masyw Śnieżnika, który zdobywam od strony Kletna i Jaskini Niedźwiedziej. Po drodze mijam tereny, które najbardziej ucierpiały podczas zeszłorocznej powodzi, przejeżdżam obok zerwanej tamy… to wszystko robi ogromne wrażenie. Parkując auto, mam piękną pogodę i boję się tylko, że może za mocno przygrzać i tak też się finalnie dzieje. Droga do samego schroniska ciągnie się okrutnie, muszę robić spor pauz. Zaczynam gadać ze sobą i tylko ludzie, których jest już sporo na szlaku, hamują mnie przed wrzaskiem. Czasami z człowieka muszą wyjść emocje i tak też jest teraz. Gdy docieram do schroniska, widzę masy turystów i już wiem, że na szczyt będę szedł jak z wycieczką, ale może to dobrze, bo tak szybciej mija czas. Przy słupku szczytowym, robię foto i wideo, po czym siada na kamieniu i wyciągam jedzonko. Kalorie i chwila relaksu, są na wagę złota. Myślałem, że droga w dół pójdzie sprawnie, ale jakoś mnie przystopowało i też się ciągnie… nie chcę z tym walczyć, skoro tak się czuję to biorę to na klatę, bo to musi minąć. W pełnym słońcu docieram do nagrzanego auta i ruszam czym prędzej w stronę przełęczy Kłodzkiej, skąd będę atakował kolejny szczyt.

Po drodze, odwiedzam stację benzynową, gdzie tankuję auto, bo ono tez potrzebuje jedzenia picia, a sam uzupełniam swoje zapasy i kupuję rzeczy których nie miałem wcześniej, bo od moich już mnie mdli i pojawia się zgaga. Na parkingu pod szczytem, czuję że muszę na 30 min zrobić drzemkę i mały reset. Udaje się na chwilę odlecieć, zresetować i można ruszać na Szeroką Górę 766 m n.p.m. Góry Bardzkie. Początek podejścia jest bardzo stromy, ale nie trwa do zbyt długa, więc chwilę trzeba się pomęczyć, żeby później było już lżej. Po drodze zaczyna się mocno chmurzyć i pojawia się deszcz. Początkowo słaby, ale z każdą minutą rośnie w siłę. Na ten szczyt, też wybrałem opcję wejścia inną trasą niż zwykle i opłaca się bo jest szeroko i łatwo, wszystko fajnie, gdyby nie ten deszcz. Na szczycie wieje i pada, więc nie ma co tracić czasu i trzeba uciekać z powrotem. Do auta docieram przemoczony i wkurzony, że znów mam wszystko mokre a w butach robi się gnój. Do tego te pozrywane pęcherze nie dają o sobie zapomnieć, a już robiło się lepiej.

Na szczęście deszcz mija i robi się piękna pogoda, może chociaż końcówka dnia będzie ładna. Gdy docieram na parking PTTK Jagodna, słońce zaczyna zmierzać ku zachodowi, niebo jest piękne. Jest godzina 18:00 gdy ruszam w stronę Jagodnej Północnej 985 m n.p.m. Góry Bystrzyckie. Główny cel to zejść do auta za jasnego. Droga w górę idzie bardzo sprawnie, a sama trasa to ciągle szeroka szutrowa droga, która w pewnym momencie ucieka przez rów do lasu i przez krzaczki prowadzi do szczytu, gdzie jest tabliczka na drzewie. W drodze na szczyt nie mijam nikogo, natomiast z powrotem pojawia się sporo ludzi, pewnie byli na wierzy widokowej na Jagodnej. Szybciutko gdzie się da to biegnę i takim sposobem, przy przepięknym zachodzie słońca docieram do auta i w tym samym momencie zaczyna robić się coraz ciemniej.

Gdy dojeżdżam na parking pod Orlicą 1084 m n.p.m. Góry Orlickie, jest już ciemno i trzeba użyć czołówki. Bardzo lubię to podejście, gdyż jest trochę strome, ale bez przesady i bardzo ustawne pod stopy, więc nie trzeba kombinować gdzie się je postawi. Po drodze pojawia się lekkie zamglenie, a jak to we mgle, miejsca same się nagle pojawiają i tak też było z wierzą widokową na Orlicy, nagle się pojawiła. Robię swoje i uciekam na dół, żeby szybko ruszyć na kolejny i ostatni tego dnia szczyt.

Kolejny szczyt zdobywam z Karłowa a jest nim Szczeliniec Wielki 922 m n.p.m. Góry Stołowe, na który prowadzi bardzo dużo schodów, ale za to trasa jest otoczona rewelacyjnymi formacjami skalnymi. Lekko kropi i wieje. W miarę sprawnie docieram do schroniska i pozostaje tylko wejść na trasę turystyczną i dotrzeć do głównej skały, która wyznacza najwyższy punkt tego szczytu. Droga dół nie jest przyjemna bo mocniej kropi i jeszcze jest zamglenie. Na śliskich i obłych schodach nie mogę biec, bo buty wyjeżdżają do przodu. Idąc do auta, czuję spadek mocy i chyba organizm komunikuje, że dobra robota została zrobiona i czas na odpoczynek.

Na kolejny parking mam 1:30 h krętej drogi. Udaje mi się ujechać godzinę, gdy oczy i głowa same opadają, a że ciężko mi to opanować, zjeżdżam na pierwszy napotkany parking leśny i zdjąwszy tylko buty, wskakuję pod kołdrę. Nie nastawiam budzika, potrzebuję się wyspać bez sztucznego przerywnika. Do docelowego parkingu mam 30 minut, więc się tym nie przejmuję i zamykam oczy. Widzimy się jutro, w dniu finałowym, będzie się działo.
Tego dnia zdobyłem 7, a od początku 30 z 38 szczytów Nowej Korony Polskich Gór