Jest sobota 13.09.2025, to szósty dzień zmagań z Nową Koroną Polskich Gór, dzień finałowy, dziś wszystko się skończy. Kładłem się bez budzika i tak też wstaję, jest świt, przestało padać, a kropiło całą noc. Tak jak byłem ubrany wczoraj i położyłem się spać, zdejmując tylko buty, tak dziś nie marnując czasu, zakładam je z powrotem i jak najszybciej ruszam przed siebie. Do przejechania mam ok. 30 minut.
Po tych 30 minutach, melduję się na Przełęczy Tąpadła i o godzinie 6:30 zaczynam podejście pod Ślężę 718 m n.p.m. Masyw Ślęży. Jestem totalnie wczorajszy, od samego początku czuję ból w stopach, rany i pęcherze pieką i pulsują, a wczorajszy opatrunek gdzieś tam się przemieszcza i mnie drażni. Mimo tego droga w górę idzie sprawne, jest piękna pogoda, nie za ciepło, a słonecznie. Droga na szczyt nie jest wymagająca, taka idealna żeby zacząć dzień i się nie zajechać i nie zrazić. Po dotarciu na górę, wchodzę jeszcze pod wieżę widokową, a nawet na nią się wdrapuję, żeby być na najwyższym punkcie, ale nie ma tam tabliczki, więc zdjęcie i nagranie robię przy klasztorze. Powrót to inna para kaloszy, niż droga w górę. Uruchamiam ukryte pokłady energii i lecę jak na skrzydłach, żeby się trochę obudzić, pobudzić i jak najszybciej się ewakuować na kolejny szczyt. Dzisiejszy dzień jest bardzo napięty, bo do zdobycia mam 8 szczytów, więc muszę robić je wszystkie w możliwie najszybszym czasie. Docierając do auta, sapię jak parowóz, a pot zalewa mi oczy. Wycieram się ręcznikiem, zrzucam mokrą koszulę i ruszam przed siebie, moim dyliżansem.

Kolejnym szczytem do zdobycia jest Wielka Sowa 1015 m n.p.m. Góry Sowie, na którą wyruszam z Przełęczy Walimskiej. Idąc na górę, nie mijam nikogo, ale po ilości aut na parkingu, wiem że na górze będzie sporo ludzi. Bardzo lubię to podejście, więc czas mija mi szybko. Nawet nie wiem kiedy, a już jestem na ostatniej prostej do szczytu, to bardzo przyjemna droga. Na samym szczycie, tak jak podejrzewałem, jest dużo ludzi i to słupka z tabliczką ustawia się mała kolejka, w której czekam cierpliwie i nawet pomagam zrobić dla fajnej grupki zdjęcie pamiątkowe. Tu też jest fajna historia, bo wszyscy mają książeczki starej Korony i na widok mojej zaczynają dopytywać o co chodzi i jak to 38 szczytów a nie 28. Tłumaczę im wszystko i nie ukrywają zbulwersowania, że to bez sensu i dlaczego dalej jest wydawana taka książeczka i odznaki za zdobycie Korony Gór Polski, gdzie faktycznie się je nie zdobywa, bo jest mniej szczytów i sporo się nie zgadza ze stanem faktycznym. Niestety nie mam też czasu robić szczegółowego wykładu i tak też pozostawiam ich z tą wiedzą i rozczarowaniem. W dół biegnę całkiem żwawo i po chwili melduję się w aucie. Ruszam dalej przed siebie, bo teraz mam do zdobycia dwa krótkie, bardzo fajne, ale też bardzo strome szczyty.

Pierwszym z tych szczytów jest Waligóra 934 m n.p.m. Góry Kamienne, na który wchodzę z parkingu przy schronisku PTTK Andrzejówka. Ściana Waligóry jest charakterystyczna i całkiem wymagająca, bardziej na zejściu niż podejściu, ale droga w górę to też wyzwanie. Wdrapuję się bardzo żwawo, i zagaduję do mijanej rodzinki z 8 letnim chłopcem, który jak się okazuje uwielbia takie strome podejścia. Dowiaduję się od nic że zobaczmy się niebawem na kolejnym pionowym szczycie. Zalany potem melduję się na górze i bez zbędnych czynności lecę z powrotem. Staram się jak mogę, żeby pokonać ten pion bez szwanku, jednak parę razy muszę hamować na drzewach, dobrze że one tam są, to chociaż nie polecę jak kukiełka na sam dół. Przy aucie, leje się ze mnie jak z fontanny, a do tego palą mnie uda i cholernie bolą zmasakrowane stopy. Ale co ja się będę użalał, przecież sam sobie to zgotowałem, to teraz muszę to zjeść. Ruszam dalej, nie mam czasu na marudzenie.

Dojeżdżając do kolejnego parkingu, zauważam, spotkaną wcześniej rodzinkę i tak też zaczynamy to podejście razem, chwilę rozmawiając o moim projekcie, jedna nie wytrzymują tempa i żegnamy się na chwilę z informacją, ze widzimy się na powrocie. Prawdziwa zabawa zaczyna się od Koziej Przełęczy, bo tam Borowa 853 m n.p.m. Góry Wałbrzyskie, pokazuje swoje prawdziwe oblicze, est to długa, bo dwa razy taka jak Waligóra, ściana, chyba taka sama, albo nawet dłuższa jak ściana płaczu na Lackowej w Beskidzie Niskim. Wejście tam, nie jest ani przyjemne, ani łatwe, oczywiście w takim szybkim wariancie. Trochę mi to zajmuje, ale po paru przystankach na odpoczynek, udaje się stanąć na szczycie i zrobić swoją rutynę z aparatem. Czas się zbierać i zmierzyć z tą ścianą w drugim kierunku. Podjarany tym wszystkim mylę szlak i na pełnej bombie zbiegam 300 metrów pionu, zanim orientuję się, że to zły kierunek. Ale się zdenerwowałem, tak dobrze żarło i zdechło. Muszę się teraz znów wdrapać na szczyt i zbiec raz jeszcze, tyle że dobrym szlakiem. Zmęczony i wkurzony pomyłką docieram na górę i dwa razy sprawdzając kolor szlaku, zaczynam szaleńczy zbieg w dół. Po drodze mijam zaprzyjaźnioną rodzinkę, zbijam piątki i lecę oszczędzać cenne minuty. Powtarza się to co było na Waligórze, czyli bolesne spotkania z drzewami i dupo zjazdy. Na szczęście nic się takiego nie dzieje i mogę swobodnie kontynuować. Znów przy aucie jestem zagotowany jak parowóz, ale to tylko świadczy o tym, że dziś jest „dzień konia” i wszystko, wbrew zmęczeniu i bólom, wychodzi dwa razy lepiej. Przebieram się i uciekam dalej. Po drodze odwiedzam stację benzynową gdzie kupuję jakieś inne napoje, kawę i zapiekankę, która jest moim głównym daniem na ten cały dzień.

Jestem coraz bliżej finału, zostały tylko cztery szczyty. Dojeżdżając na parking przed kolejnym, nie mam gdzie się zatrzymać, jest masa ludzi, jakby coś rozdawali na górze. Na szczęście udaje się zaparkować i mogę zacząć podejście pod Skalnik 944 m n.p.m. Rudawy Janowickie. Lubię to podejście po początkowo prowadzi przez super nawierzchnię. Są to duże kamienie otoczone, korzeniami i masą igliwia, które fajnie sprężynuje. Poprzednim razem jak byliśmy tu z moją partnerką Sarą, odkryłem fajny, choć stromy skrót, który prowadzi praktycznie w linii prostej na sam szczyt, więc można ominąć szlak, który prowadzi zakosami i jest dłuższy. Dzięki temu odkryciu, całkiem szybko melduję się na górze. Robię film i zdjęcie, oraz opowiadam trochę o projekcie dla pary turystów, którzy skojarzyli Nową Koronę, to było bardzo miłe. Po krótkiej rozmowie, uciekam na dół i to właśnie w tym miejscu, na tym szczycie, odpalam turbo doładowanie. Zbiegam tak szybko jak kiedyś, bez kalkulacji, bez strachu, wszystko pod kontrolą, ale to jest piękne uczucie, móc znów to robić w takim stylu. Nawet zapomniałem o swoich stopach, które już chyba przestały wysyłać sygnały bólowe, musiały się pogodzić z tym, że nie reaguję na nic. Jakby ktoś zmierzył mi temperaturę ciała przy aucie, to wyszłoby, że można na mnie ugotować wodę. Wycieram się, zmieniam koszulkę i ruszam migiem na kolejne miejsce.

Kolejnym szczytem jest Okole 725 m n.p.m. Góry Kaczawskie, na które początkowo prowadzi spokojna ścieżka, później szeroka droga i dopiero w końcowej fazie, jest trochę stromego podejścia, a pod samym szczytem fajne skałki, na które trzeba wejść, żeby stanąć na najwyższym punkcie. Wokół Okola jest masa dróg, ścieżek i single tracków dla rowerów. Bardzo sympatyczny szczyt, taki fajny przerywnik w ostrym lataniu z góry na górę. Nie marnuję czasu i lecę w stronę Izerów, gdzie czeka na mnie przedostatni szczyt, który tez mam sprytnie rozpracowany, tak jak Skalnik.

Na parking na Rozdrożu Izerskim docieram o 16:00, to bardzo przyzwoity czas, dający nadzieję, że wszystko zakończy się na zachód słońca. Zaczynam więc podejście na Wysoką Kopę 1126 m n.p.m. Góry Izerskie, gdzie tak jak pisałem wcześniej, mam pewien patent, dzięki któremu, zamiast robić 12,5 km całej trasy, robię 5,5 km. Poprzednio znalazłem super podejście, które jest chyba nawet nazwane na Stravie „Izerską dzidą” i prowadzi dobrze wydeptanym śladem wprost na szczyt, bez żadnych zakosów i nadrabiania kilometrów. Jest to fajne i całkiem strome podejście, ale szybko mija tam czas i zanim się spostrzegam, jestem na górze, a tam robię swoje i uciekam na dół, gdzie czeka mój dyliżans, którym uda się w ostatnią podróż tego projektu. Wskakuję za kierownicę i ruszam do Karpacza.

Jadąc na ostatni szczyt jestem bardzo podekscytowany i szczęśliwy, że to będzie już koniec tego wyczerpującego i długiego wyzwania. Cieszę się też z tego, że na miejscu czeka na mnie mój brat, Piotrek, z którym zrobię podejście finałowe. Po ok 45 minutach jazdy melduję się w Karpaczuna parkingu pod wyciągiem kolejki, skąd razem z Piotrkiem, ruszamy na szczyt Śnieżki 1603 m n.p.m. Karkonosze. Cały dzień był ogień i nadzwyczajna energia, jednak teraz na ostatnim podejściu, wszystko pękło, wyszło zmęczenie, ból całego ciała, wyszły pęcherze, te stare i nowe. Organizm już wie, że się udało, że to koniec, wystarcz tylko wejść na górę i po przygodzie. Tak więc z wieloma przystankami idziemy na górę, właśnie trwa zachód słońca, więc już wiadomo, że na szczycie będziemy po ciemku. Do tego wszystkiego doszły chmury i zamglenie, więc zniknęły widoki i ogarnęła nas ciemność i biel. Miało to swój urok, bo mimo ciemności mogliśmy iść bez czołówek i tak to wyglądało praktycznie do samego końca. Na podejściu na kopułę szczytową, zaczęło mocno wiać, spadła też widoczność, ale dzięki temu, szybciej mijał czas bo nie było widać celu, który wyłonił się nagle z chmur. To już ostatnie metry, ostatnia mała pauza na oddech i rozprowadzenie tlenu po mięśniach. Jeszcze parę kroków i mam to. Przy słupku, melduję się dokładnie po 5 dniach 20 godzinach 27 minutach i 35 sekundach, w zaokrągleniu to 140 godzin 28 minut.

Czuję olbrzymią ulgę, radość i spełnienie, a jednocześnie pojawia się smutek, że coś się kończy. Jestem wdzięczny, że udało się zrobić to, co dwa miesiące temu przerwał bardzo niebezpieczny wypadek samochodowy, w którym równie dobrze mogłem zginać, ale świat chciał inaczej. Zrobiłem to co miałem zrobić, zdobyłem jako pierwszy w historii Nową Koronę Polskich Gór – 38 szczytów, jeden po drugim naraz, solo bez wsparcia.
Wszystko się kiedyś kończy, a ta przygoda kończ się tu, na szczycie Śnieżki. Na dół wracam z „Koroną” na głowie, nie jest to jednak łatwy powrót, gdyż ciało już się odłączyło, teraz boli mnie wszystko, cały Krzysiek mnie boli. Chyba tak to powinno wyglądać po takiej bitwie, wracam poraniony, ale jako zwycięzca.
Od początku to wszystko robiłem w konkretnym celu… cały swój wysiłek dedykowałem osobom zmagającym się z kryzysem psychicznym, z depresją. Dzięki wspaniałym ludziom i ich wpłatom, udało się zebrać 4300 zł, co przełoży się na 43 darmowe konsultacje psychologiczne dla dzieci, podopiecznych Fundacji Twarze Depresji. Prowadziłem też akcję informacyjną, w której przedstawiłem Wam 38 faktów na temat depresji.
Dziękuję, że byliście ze mną za pierwszym razem, w czasie mojej rekonwalescencji i za drugim razem. To My, nie Ja, tego dokonaliśmy. Dziękuję Wam wszystkim pięknie.